Pierwsze zetknięcie z dawnym Pekinem: jak nie zgubić się w tłumie
Od selfie pod bramą do ciszy w bocznej alejce
Wyjście z południowej bramy Zakazanego Miasta wygląda zwykle tak samo: tłum zlewa się w jedną, powoli sunącą masę, selfie kije unoszą się nad głowami, przewodnicy machają chorągiewkami. Kto idzie prosto, ląduje przy placu Tian’anmen i kolejnym kordonie ludzi oraz kontroli bezpieczeństwa. Kto skręca w bok – dosłownie kilkadziesiąt metrów od głównego nurtu – po minucie słyszy już tylko odgłos mioteł, rowerowych dzwonków i cichych rozmów w zaułkach.
Serce dawnego Pekinu jest zaskakująco kompaktowe. W promieniu kilkuset metrów od Zakazanego Miasta, między parkiem Jingshan, Beihai a siecią hutongów, zderzają się dwa światy: reprezentacyjna stolica pod wycieczki autokarowe oraz miasto, które wciąż żyje swoim rytmem – z poranną gimnastyką w parkach, staruszkami grającymi w karty przy murach i małymi restauracjami, gdzie karta dań bardziej przypomina zeszyt niż katalog dla turystów.
Plan dnia lub dwóch w tej okolicy może być intensywny, ale nie musi przypominać wyścigu z czasem. Da się połączyć:
- zwiedzanie najważniejszych części Zakazanego Miasta bez biegania po każdym dziedzińcu,
- widok na morze dachów z Jingshan Park,
- spokojny spacer wokół jeziora w Beihai,
- obiad inspirowany dawną kuchnią cesarską,
- włóczenie się po hutongach, gdzie nadal suszy się pranie nad głową, a ktoś obiera czosnek przed drzwiami.
Różnica między „odbębnionym” zwiedzaniem a autentycznym kontaktem z dawnym Pekinem sprowadza się często do dwóch decyzji: wejść do Zakazanego Miasta jak najwcześniej i mieć odwagę skręcać w boczne uliczki, zamiast podążać za najgęstszym tłumem. Zwolnienie tempa otwiera przestrzeń na smak, zapach i detale, których nie da się zobaczyć z okna autobusu.

Zakazane Miasto – jak zaplanować wizytę, by mieć czas na resztę
Bilety, wejścia i początek dnia – konkretny schemat poranka
Zakazane Miasto (Muzeum Pałacu) to obowiązkowy punkt programu, ale dla wielu osób staje się pułapką: spędzają tam 5–6 godzin, po czym nie mają już siły na cokolwiek innego. Lepiej potraktować je jak koncentrat – wybrać najważniejsze sale, dodać kilka spokojnych dziedzińców i wyjść z energią na dalsze odkrywanie okolicy.
Najbardziej racjonalny schemat poranka wygląda tak:
- Wejście jak najwcześniej – celuj w otwarcie bram. Poranne światło jest łagodniejsze, smog (jeśli jest) częściej jeszcze nie „siadł” nisko, a grupy wycieczkowe dopiero się zjeżdżają.
- Bilet online – rezerwacja jest imienna, na paszport, liczba wejść dziennych bywa ograniczona. Bez wcześniejszej rezerwacji możesz utknąć w kolejce lub zostać bez biletu w szczycie sezonu.
- Przejście przez kontrolę – skaner bagażu, kontrola dokumentów, czasem obowiązkowe przejście określoną trasą dojścia pod bramę. Zaplanuj na to 30–40 minut, gdy jest tłok.
Warto założyć, że od momentu wyjścia z metra przy Tian’anmen do realnego wejścia za główną bramę (Meridian Gate) minie od 45 do 60 minut, szczególnie w weekend lub święta. Dlatego śniadanie najlepiej zjeść wcześniej – w hotelu lub w jednej z pobliskich, prostych knajpek poza ścisłą strefą kontroli, bo w kolejce wstecznie już nic nie nadrobisz.
Skrócona trasa: co zobaczyć, by mieć jeszcze siły na Jingshan i hutongi
Pełne „zaliczenie” Zakazanego Miasta wymagałoby wielu godzin, ale planując dzień, w którym wchodzą jeszcze parki i kuchnia cesarska w Pekinie, lepiej przyjąć strategię selekcji. Zamiast oglądać wszystkie kolejne sale tronowe, skup się na osiach i kilku bocznych zakamarkach.
Praktyczny wariant 2,5–3 godzin w środku kompleksu może obejmować:
- Główna oś południe–północ – Sale Najwyższej Harmonii, Pośredniej Harmonii i Ostatecznej Harmonii, plac defilad, monumentalne dziedzińce. To ikona Zakazanego Miasta – z tym miejscem większość osób kojarzy dawne cesarstwo.
- Część rezydencjalna – dalej na północ, bliżej ogrodów. Mniej monumentalna, bardziej „ludzka”: miejsca, gdzie cesarz i cesarzowa faktycznie żyli.
- Boczne dziedzińce – kilka wejść na prawo lub lewo od osi, gdzie często jest zdecydowanie luźniej. Wystarczy wejść tam, gdzie nie ciągnie korowód chorągiewek.
- Cesarski Ogród na północy – rzeźbione skały, drzewa, altany. Tu wyraźnie czuć, że dawne życie pałacowe nie polegało wyłącznie na ceremoniach.
W bohaterstwie „zaliczenia wszystkiego” nie ma wiele sensu – większość sal i tak ogląda się z zewnątrz, zza barierek, a informacje na tabliczkach szybko się mieszają. Lepiej posłuchać nagranego przewodnika lub dobrego audioprzewodnika i zdać się na kilka dobrze przemyślanych przystanków, niż biegać rytmem grupy.
Wyjście na północ: jak „złapać” Jingshan i przerwę na jedzenie
Kluczowy wybór następuje przy opuszczaniu Zakazanego Miasta. Zamiast wracać na południe, wyjdź przez północną bramę (Shenwu Gate). Po jej przekroczeniu wystarczy przejść przez ulicę i jesteś praktycznie u wejścia do parku Jingshan. To oszczędza co najmniej pół godziny kombinowania z transportem i pozwala płynnie przejść od historii dworu do panoramy miasta.
Typowy schemat południa może wyglądać następująco:
- ok. 8:30–9:00 – wejście do Zakazanego Miasta,
- ok. 11:30–12:00 – wyjście północną bramą, krótki odpoczynek, woda,
- ok. 12:00–13:00 – wejście na wzgórze w Jingshan, widoki, przejście przez park,
- ok. 13:00–14:00 – obiad w jednej z pobliskich restauracji (część z nich serwuje dania nawiązujące do kuchni cesarskiej lub starego Pekinu),
- po obiedzie – spacer do Beihai i dalej w hutongi.
Tak rozłożony plan sprawia, że Zakazane Miasto staje się jednym z elementów dnia, a nie jedynym celem. Główny wniosek: 2–3 dobrze zaplanowane godziny za murami wystarczą, by poczuć skalę dawnej stolicy, a jednocześnie zostawić energię na parki, smak i spokojniejsze zaułki.

Między murami a wzgórzami: Jingshan, Beihai i spokojne parki dawnej stolicy
Jingshan Park – spojrzenie na dachy pałaców ponad tłumem
Jingshan leży dokładnie na północ od Zakazanego Miasta, po drugiej stronie ulicy. Wejście do parku od strony południowej znajduje się niemal naprzeciwko północnej bramy pałacu. Przejście zajmuje kilka minut – wystarczy przejść przez przejście dla pieszych lub kładkę (w zależności od aktualnej organizacji ruchu). Wielu turystów omija ten park, bo śpieszy się na kolejne „must see”, a tymczasem to jedno z niewielu miejsc, skąd widać całą geometrię cesarskiej rezydencji.
Najlepszą porą dnia na wejście na wzgórze jest wczesne popołudnie lub tuż przed zachodem słońca – jeśli powietrze jest dość przejrzyste, dachy Zakazanego Miasta toną wtedy w ciepłym świetle. W dni o gorszej widoczności warto i tak wejść – nawet przy lekkiej mgle widać rytm murów i dachów, a sam park żyje ciekawym życiem. Jeżeli góra widokowa jest zatłoczona, wystarczy zejść odrobinę niżej na któryś z bocznych tarasów – kadr niewiele się różni, a ludzi jest zdecydowanie mniej.
Jingshan to nie tylko punkt widokowy. Na co dzień mieszkańcy przychodzą tu:
- ćwiczyć tai chi i qigong o świcie,
- śpiewać w grupach – spontaniczne „chóry” w altanach to norma,
- tańczyć w parach i w kręgach, szczególnie wieczorami,
- grać w karty lub chińskie gry planszowe w cieniu drzew.
Dobry sposób na „wtopienie się w tło” to zatrzymać się na kilka minut przy jednej z takich grup, stanąć z boku, uśmiechnąć się, nie nagrywać wszystkiego obsesyjnie. Jeśli ktoś zaprosi do wspólnego tańca czy ćwiczeń, można spróbować – mieszkańcy lubią, gdy obcokrajowiec podejmuje wysiłek, ale nie trzeba tego wymuszać.
Spacer z Jingshan do Beihai – krótka trasa, duża zmiana klimatu
Od wyjścia z Jingshan do głównego wejścia do Beihai jest naprawdę niedaleko. W zależności od wybranego wyjścia z parku można iść wzdłuż wschodniej lub zachodniej strony murów. Najprostszy wariant:
- opuścić Jingshan jedną z bram zachodnich,
- skierować się na południowy zachód w stronę Beihai North Street,
- dojść do jednego z mniej uczęszczanych wejść po północnej stronie jeziora.
Oficjalne, południowe wejście do Beihai przyciąga najwięcej wycieczek, dlatego spokojniej bywa przy bramach po stronie północnej lub zachodniej. Tam też łatwiej o miejsca, gdzie można usiąść na chwilę na ławce czy zjeść w prostszej herbaciarni bez tłumu selfie i megafonów.
Samo przejście między parkami zajmuje 10–20 minut w zależności od tempa i przystanków. Po drodze mija się fragmenty dawnych murów, niewielkie sklepiki z napojami, a w bocznych uliczkach – pierwsze hutongi. To dobry moment na pierwszy skręt w bok: nawet 5 minut w bocznym zaułku potrafi zrobić większe wrażenie niż kolejny pomnik.
Beihai Park – biała pagoda, jezioro i przycupnięte pawilony
Beihai otacza duże jezioro z wyspą, na której stoi charakterystyczna Biała Pagoda. To miejsce związane z dawnymi ogrodami cesarskimi – tu spędzano czas z dala od oficjalnych ceremonii, przy herbacie, poezji i muzyce. Dziś jest to popularny park miejski, ale przy odrobinie planu nadal można znaleźć spokojne zakątki.
Układ zwiedzania można uporządkować w prostą pętlę:
- Główne wejście i okolice pagody – bardziej zatłoczone, ale dają szybki dostęp do klasycznych widoków: białej wieży, mostków, pawilonów odbijających się w wodzie.
- Spacer wzdłuż brzegu jeziora – im dalej od głównego wejścia, tym ciszej. Ławki, drzewa, czasem grupy starszych ludzi ćwiczących lub grających w karty.
- Małe herbaciarne i budki z przekąskami – niekoniecznie wysoka gastronomia, ale miejsce, by napić się herbaty i poobserwować ruch. Dla bardziej świadomego kontaktu z herbatą lepiej jednak wybrać jedną z dedykowanych herbaciarni poza głównym ciągiem.
Z Beihai stosunkowo łatwo jest „uciec” do hutongów – zwłaszcza od północnej i wschodniej strony. Wystarczy wyjść mniej popularną bramą i zamiast iść główną ulicą, skręcić w pierwszą węższą przecznicę. Tu zaczyna się ten Pekin, którego większość wycieczek nie widzi: rzędy niskich, szarych domów, wąskie chodniki, elektryczne skutery i lokalne jadłodajnie z kilkoma stolikami.
Szybki wniosek z wizyty w Jingshan i Beihai: parki wokół dawnego pałacu cesarskiego pokazują, jak blisko siebie istnieją „stolica cesarzy” i zwykłe życie. Wystarczy kilka kroków, by przejść ze świata marmuru i ceremonii do świata ławki nad wodą, plastikowego termosu z herbatą i rozmów sąsiadów o codziennych sprawach.
Czym właściwie była dawna „kuchnia cesarska” i co z niej zostało
Mieszanka regionów, technik i symboliki – realna kuchnia dworska
Kuchnia cesarska Pekinu nie była jednorodną, „uroczystą” kuchnią znaną wyłącznie z uczt. To raczej rozbudowany system żywienia dworu, strażników, urzędników i służby, w którym codzienność przeplatała się z wielkimi ceremoniami. Na stoły trafiały potrawy z różnych regionów Chin, bo cesarstwo było ogromne, a stolica przyciągała kucharzy z prowincji.
W praktyce oznaczało to, że w kuchni pałacowej wykorzystywano:
- techniki północne – makarony, pierożki, bułeczki na parze, dania na bazie mąki pszennej,
- wpływy mandżurskie – dziczyznę, fermentowane dodatki, tłustsze dania odpowiednie na chłodniejszy klimat,
Smaki ceremonii i codzienności – co faktycznie lądowało na stołach
Wyobraź sobie poranek w pałacu: za murami budzi się miasto, w kuchniach rozgrzewają się piece, a większość energii idzie nie na jedną wielką ucztę, lecz na karmienie setek osób. Uroczyste dania przygotowywano równolegle z prostymi miskami ryżu i zupą dla służby, a zapachy mieszały się w jednym, gęstym od pary powietrzu. W tym codziennym rytmie rodziła się cała mitologia „kuchni cesarskiej”.
Stoły dworu rządziły się dwoma porządkami: ceremonialnym i praktycznym. W pierwszym kluczowa była symbolika – liczba potraw, kolory, układ na stole, sezonowość składników. W drugim – kwestia, by jedzenie zdążyło trafić na stoły ciepłe, bezpieczne, powtarzalne.
Na wielkich ucztach, zwłaszcza z okazji Nowego Roku, urodzin cesarza czy ważnych poselstw, pojawiały się między innymi:
- rozbudowane zestawy przystawek (cold dishes) – cienko krojone mięsa, galarety, marynowane warzywa, często układane w kształty smoków, feniksów czy kwiatów,
- dania z dziczyzny i rzadkich składników – ogony jeleni, żółwie, ptactwo wodne, a także dania z żeń-szeniem czy jaskółczymi gniazdami,
- wysoko dopracowane słodycze – małe ciastka z pastą z czerwonej fasoli, karmelizowane owoce, sezamowe kulki,
- zupy klarowane – o delikatnym, ale głębokim smaku, często z udziałem drobiu, szynki z Jinhua lub suszonych grzybów.
Codziennie natomiast na stołach niższych rangą pojawiały się wariacje dań, które do dziś kojarzą się z „prostym Pekinem”: kluski, pierożki, dania jednogarnkowe, ryż na parze, warzywa z woka. Różnica polegała na jakości składników, ilości mięsa i dopracowaniu detali.
Krótki wniosek: „kuchnia cesarska” nie była abstrakcyjną sztuką dla kilku osób, lecz piramidą, której szczyt – wielkie uczty – wyrastał z codziennego gotowania dla całego, żyjącego własnym rytmem miasta-pałacu.
Od pałacowej kuchni do restauracji – jak dworski przepych trafił na ulicę
Obraz zmienia się radykalnie, gdy cesarstwo upada, a kucharze, którzy całe życie pracowali za murami, nagle muszą szukać nowego sposobu na utrzymanie. Część trafia do domów bogatych rodzin, inni do pierwszych restauracji, które odważnie obwieszczają, że serwują „potrawy w stylu dworskim”. To wtedy rodzi się pomost między Zakazanym Miastem a ulicami wokół niego.
W praktyce oznaczało to selekcję: na zewnątrz przeniosły się dania najbardziej efektowne wizualnie lub smakowo, ale możliwe do odtworzenia bez cesarskiego budżetu. Pojawiły się uproszczone wersje wyszukanych potraw, częściej podkreślające technikę niż rzadkie składniki. Przykładowo:
- dania, które kiedyś wymagały dziczyzny, zaczęto robić z bardziej dostępnego drobiu,
- skomplikowane zestawy wieloetapowe skrócono do kilku flagowych dań,
- symboliczny układ potraw na stole ustąpił miejsca wygodzie serwisu w restauracji.
Na tym etapie powstają pierwsze „marki” kojarzone z kuchnią pekińską w wydaniu bardziej wyrafinowanym – lokale obsługujące urzędników, kupców, ludzi, którzy chcą „posmakować pałacu”, ale bez zaproszenia na cesarską ucztę. Do dziś część współczesnych restauracji w Pekinie swoje rodowody wywodzi właśnie z tych domów jadanych przez elitę, a nie prosto z pałacowych kuchni, choć w nazwach lub wystroju często nawiązują do cesarskiej przeszłości.
Jeśli dziś w menu widzisz określenia typu „cesarskie”, „dworskie”, „Mandżursko–Hanowska uczta”, w praktyce oznacza to najczęściej mieszaninę inspiracji: trochę historycznych receptur, trochę nowych interpretacji, sporo marketingu. Smak bywa świetny, ale lepiej traktować te miejsca jako most do przeszłości, nie jej idealną rekonstrukcję.
Gdzie w okolicy Zakazanego Miasta szukać śladów dawnej kuchni dworskiej
Po kilku godzinach w Jingshan i Beihai przychodzi moment, gdy głód jest równie realny jak historia. Zamiast pierwszej sieciówki w okolicy, da się wciąż znaleźć lokale, które mniej lub bardziej serio nawiązują do dawnej kuchni dworskiej i klasycznego starego Pekinu.
Najwygodniejszym obszarem startowym są okolice północnej i zachodniej części Beihai oraz hutongi ciągnące się w stronę jeziora Shichahai. Tam krzyżują się trzy światy: turystyczny, lokalny i „odświętny”, nastawiony na gości szukających trochę wyższego standardu.
W praktyce możesz nastawić się na trzy typy miejsc:
- Restauracje „cesarskie” z pełną scenografią – bogaty wystrój, nawiązania do dynastii Qing, nierzadko obsługa w stylizowanych strojach. Menu rozbudowane, z działem „uczty” na kilka osób. Ceny wyraźnie wyższe, atmosfera raczej uroczysta.
- Lokalne jadłodajnie z kilkoma daniami w stylu dworskim – podstawą są dania starego Pekinu (makarony, pierogi, duszone mięsa), a tylko wybrane pozycje w menu noszą ślady pałacowej inspiracji: bardziej wyrafinowany sos, nietypowe zestawienie składników, staranniejszy sposób podania.
- Herbaciarne i snack-bary przy hutongach – tu punkt ciężkości przesunięty jest na herbatę i przekąski, ale czasem trafiają się desery czy małe, słodkie przekąski o korzeniach dworskich, jak kruche ciasteczka, kandyzowane owoce, drobne wypieki.
Dobry klucz wyboru to odpowiedzieć sobie szczerze, na co masz siłę po całym dniu. Jeśli to pierwszy dzień w Pekinie, często lepiej wylądować w spokojniejszej, lokalnej restauracji w bocznej uliczce, zamiast od razu zamawiać wielogodzinną „ucztę cesarską”, która wymaga i czasu, i uwagi.
Co zamówić, by faktycznie „dotknąć” dawnej kuchni cesarskiej
Menu w pekińskich restauracjach, zwłaszcza tych w okolicach atrakcji, potrafi przytłoczyć. Kelnerzy doradzają, ale ich priorytety są różne: czasem chcą ułatwić wybór, czasem sprzedać najdroższe zestawy. Pomaga krótka lista potraw, które – w różnych wariantach – wywodzą się z pałacowych tradycji albo przynajmniej nimi się inspirują.
Jeżeli chcesz poznać „dworską” stronę stołu bez popadania w skrajności, wypatruj w menu między innymi:
- kaczki po pekińsku (Beijing kaoya) w wersji serwowanej ceremonią krojenia przy stole – to danie mocno spopularyzowane poza pałacem, ale jego dopieszczona forma i sposób podania nawiązują do dworskiej estetyki,
- delikatnych przystawek na zimno – cienko krojone plastry wołowiny, galareta z wieprzowiny, marynowane ogórki czy rzodkiew – w bardziej eleganckim wydaniu odwołują się do układanych misternie „zimnych stołów” w pałacu,
- zup na bazie drobiu lub szynki – klarowne, lekkie w fakturze, ale bardzo intensywne w smaku; w lokalach nawiązujących do tradycji dworu często serwowane w maleńkich miseczkach jako osobny akt posiłku,
- estetycznie podanych warzyw – np. szpinak z orzeszkami piniowymi, młody bambus, kalafior w lekkim sosie; w wersji „dworskiej” kluczowa jest tekstura i kolor, a nie ilość przypraw,
- klasycznych słodyczy – kuleczki sezamowe, ciastka z pastą fasolową, kandyzowane owoce na patyku (tanghulu) w bardziej eleganckiej formie, podane na półmiskach, nie z ulicznego wózka.
Całość dobrze zrównoważyć jednym lub dwoma „zwykłymi” daniami z woka – smażonym makaronem, warzywami, lokalną wersją tofu. Dzięki temu posiłek przestaje być wyłącznie degustacją „historycznych ciekawostek”, a staje się normalnym, sycącym obiadem czy kolacją.
Jak czytać „cesarskość” w menu, by nie dać się złapać na same dekoracje
Przechadzając się po okolicach Zakazanego Miasta i Beihai, szybko zauważysz, że słowo „imperialny” (albo „cesarski”) pojawia się na szyldach częściej niż kaczki na rożnach. Raz jest to poważne nawiązanie do tradycji, kiedy indziej – jedynie sposób na przyciągnięcie uwagi.
Prosty zestaw filtrów pomaga oddzielić jedne przypadki od drugich:
- Menu – im bardziej konkretne opisy, tym lepiej. Gdy przy nazwie jest tylko „cesarski przysmak” bez wskazania składników i techniki, częściej chodzi o marketing.
- Liczba gości lokalnych – jeśli przy stolikach dominuje mieszanka mieszkańców i turystów z innych części Chin, szansa na przyzwoite jedzenie rośnie. Miejsca „tylko dla wycieczek zagranicznych” zwykle skupiają się na scenografii.
- Sposób serwowania – prawdziwe nawiązania do dworskiej kuchni objawią się w detalach: czystości zastawy, rytmie podawania potraw, ciekawych zestawieniach smakowych, nie tylko w czerwono-złotym wystroju sali.
Jeśli masz wątpliwości, dobrym kompromisem jest zamówienie jednego „flagowego” dania z działu „cesarskiego” i otoczenie go klasykami lokalnej kuchni pekińskiej. Nawet jeśli ów „flagowiec” okaże się bardziej legendą niż historią, reszta stołu uratuje doświadczenie.
Spokojne zaułki i małe lokale – jak zjeść dobrze, nie goniąc za etykietą „imperialne”
Scenariusz powtarza się często: po wyjściu z Beihai czy Jingshan grupa idzie główną ulicą, zatrzymuje się przy pierwszym dużym szyldzie, a potem narzeka, że jedzenie było „średnie” i „turystyczne”. Tymczasem wystarczyło skręcić 30 metrów w bok w hutong, gdzie ukryta jest niewielka jadłodajnia z kilkoma stolikami i ręcznie lepionymi pierogami.
Szukanie takich miejsc ma kilka prostych zasad:
- Skręt w boczną uliczkę – im dalej od głównej arterii, tym większa szansa, że lokal żyje stałymi klientami, nie tylko jednorazowymi turystami.
- Krótka karta – jadłodajnie w hutongach często serwują kilkanaście, maksymalnie kilkadziesiąt pozycji. Jeśli widzisz książkowe menu na kilkanaście stron, lokal jest nastawiony na masówkę.
- Widoczna kuchnia – otwarte okno z parującymi pierogami, makaron ciągnięty ręcznie, garnek z bulionem przy wejściu to dobry znak. Takie miejsca rzadziej udają „cesarskie”, ale często kontynuują tradycję starego Pekinu na bardziej przyziemnym poziomie.
W takich zaułkach nie szukaj finezyjnych „dworskich” potraw, ale dań, które historycznie karmiły ludzi mieszkających w cieniu pałacowych murów: pierogi (jiaozi), kluski, proste zupy, warzywa na gorącym oleju. To ta sama mapa smaków, z której czerpali i dworscy kucharze, tyle że w bardziej codziennym, zwięzłym wydaniu.
Między herbaciarnią a nocnym snack-barem – smaki, które łączą dawne i współczesne miasto
Po dniu pełnym zwiedzania i jedzeniu w restauracji, wieczorem często nadal kusi, żeby wyjść „na coś małego”. W okolicach jezior i hutongów otwierają się wtedy nocne bary z przekąskami, a herbaciarne powoli zwalniają tempo, przechodząc w tryb spokojnych rozmów przy czajniku.
W kontekście dawnej kuchni dworskiej ciekawie jest przyjrzeć się przekąskom, które przetrwały zmianę epok. Napotkasz między innymi:
- słodkie i słono-słodkie wypieki – ciastka z sezamem, nadziewane kółeczka z ciasta półfrancuskiego, często w formie mini, idealne do herbaty,
- kandyzowane owoce – znane z ulicy tanghulu w bardziej dopracowanej wersji w herbaciarni, podawane na talerzyku, czasem z dodatkami orzechów,
- małe dania na parze – bułeczki baozi, dim sum w lokalnej interpretacji, które mają swoje – czasem odległe – korzenie w pałacowych przekąskach serwowanych pomiędzy głównymi daniami.






